środa, 24 czerwiec 2009

na szybko spisane.

Oto dziesięć "wstrętów", których nabawić się można po całonocnym pobycie w hipermarkecie:

10. do chłodni.
9. do "Marysi".
8.
do jogurtów.
7. do żółtego sera na wagę.
6. do masła "Lurpak" i "Benecolu" spadającego na głowę.
5.
do "Berlinek" i krakowskiej suchej.
4. do serków waniliowych.
3. do wafli ryżowych.
2. do śledzi.
1. do mleka.

Lista może ulec zmianie w przeciągu najbliższych 36 godzin, ze wskazaniem na to, że prawdopodobnie się wydłuży. W końcu qui non laborat, non manducet, ponadto arbeit macht frei no i praca uszlachetnia. Perspektywy mamy więc fantastyczne.

sobota, 20 czerwiec 2009

komorka musku.

Ku swojemu zaskoczeniu zmieniłam tryb życia.

Zwykle kwestia trybu zmiany życia zostaje u mnie w wersji papierowej, czyli w tak zwanych planach. Tym razem jednak coś z tego wyszło, szkoda, że w sposób zupełnie przeze mnie niezaplanowany. Codziennie powtarzam sobie, iż położę się o północy i wstanę o ósmej minut trzydzieści, codziennie kładę się o piątej, budzę się w południe. Do tego dochodzą wszystkie głupie proszki, pastylki, które mają mnie przygotować do życia w społeczeństwie, do badań głowy, do badań wątroby, tarczycy, całych uroczych wnętrzności, duszy i ciała. W tym momencie zastanawiam się po co to całe medyczne szaleństwo, po co ta chemia. Jest tyle prostszych opcji na rozwiązanie mojej kwestii.

Współczynnik apatii jest odwrotnie proporcjonalny do ilości światła słonecznego uderzającego mnie w ślepia. Zamiast wrzucać mnie do komory, w której zbadają połączenia nerwowe mojego ptasiego mózgu - wyślijcie mnie tam, gdzie jest jasno i ciepło. Tylu lekarzy będzie mogło poświęcić swój czas dużo ważniejszym pacjentom.

środa, 10 czerwiec 2009

time dollars albo bank czasu.

Miesiąc niepisania. Albo inaczej - pisanie od jedej miernej recenzji do drugiej miernej recenzji. Zasadniczo wychodzi na to samo, wnioski - jest źle. Wystarczający powód, żeby zrobić lepiej.

Na to, żeby zrobić lepiej wpadł w latach 80' mieszkaniec Stanów Edgar Cahn, o którym więcej tutaj. Pomysł oparty jest na zasadzie wzajemności mierzonej w godzinach. Jeżeli ja przez godzinę będę mył ci okna, wtedy ty przez godzinę będziesz strzygł mój trawnik. Bo ja nie lubię kosić trawy a ty nie znosisz czyszczenia szyb. A teraz należy przenieść to na większa grupę, społeczność sąsiedzką. I wpleść więcej wzajemności. Czyli ty kosisz mi trawnik, a za pomocą tak zdobytego "Time Dollara" ona sprząta ci mieszkanie, aby za pomocą tak zdobytego "Time Dollara" poprosić jego o lekcje gry na fortepianie. I tak dalej.

Pomysł genialny w swojej prostocie, łatwiejszy do zrealizowania w społeczeństwie amerykańskim, bardziej otwartym na sąsiada. Inicjatywa istnieje też w Polsce. Nie jest rzeczą nową, ja jednak przeczytałam o niej dopiero niedawno w artykule Skrócić spodnie bez czekolady, czyli bank czasu
, który pochodzi (bagatela) z 2005 roku. Zachęcam do przeczytania, jeśli ktoś podobnie jak ja dopiero zetknął się z ta ideą.

A jeszcze więcej informacji tu.

piątek, 5 czerwiec 2009

polsko-russkaja wojna pod bieło-krasnym fłagom.

Tu nie będzie przeklinania.

Jak Masłowska parę lat temu podzieliła krytyków i literatów, tak teraz zrobił to Żuławski. Część pieje w zachwycie, część miesza film z błotem. A to po prostu je
st coś, z czym polskie kino dotychczas się nie spotkało.

O filmie zaczęło być głośno już w początkowej fazie produkcji, pojawiały się tezy, iż Wojna jest nieprzekładalna na taśmę. Gorąco zrobiło się również przy samej promocji, kiedy
okazało się, że plakat i okładka soundtracku (dwuznacznie brzmiącej "ścieżki dźwiękowej") to jawna zrzynka z kultowego Trainspottingu z Ewanem McGregorem w roli głównej (aż się Popiełuszko przypomina, a?). Później rzucili coś bardziej strawnego w komiksowej konwencji, ale niesmak mógł pozostać. Bo choć producent nie zaprzecza, iż "inspiracja" była jawna, to tłumaczenie "w końcu film ma trafiać do podobnej grupy odbiorców" jakoś mnie nie przekonuje.

Do rzeczy. Dla mnie film to zbiór błyskawicznie przerzucanych klisz, teledyskowych i rozbuchanych slajdów utrzymanych w odrealnionych klimatach. Rzeczywistość za sprawą białego proszku miesza się z psychodelią, sens czasem diabli wzięli, a chronologia wydarzeń nieco się zaburza. Dodajmy do tego wulgarno-literacki język, garść efektów specjalnych, oszczędnie dawkowaną ironię i wyraziste postaci a otrzymamy pewien powiew świeżości. Mówi się o Wojnie jako o najlepszym polskim filmie bieżącego roku. Patrząc na to, co zwykle oferuje polska kinematografia, to pewnie słowa wcielą się w czyn.


Książka Masłowskiej to zbiór gotowych, zamaszyście narysowanych charakterów, które aktorzy musieli przenieść z kartek w rzeczywistość. Efekt jest powyżej oczekiwań. Szyc Borys jako Silny i stykające się z nim pięć kobiet (Magda - Roma Gąsiorowska, Natasza - Sonia Bohosiewicz, Ala - Anna Prus, Andżela - Maria Strzelecka, Masłoska - autorka we własnej osobie z ujmującą wadą wymowy) włażą do pamięci widza. U Szyca można było dostrzec doświadczenie z desek scenicznych, ciekawie zagrała Bohosiewicz, przerysowana maksymalnie. A Masłowska jako Masłoska to smaczek całego filmu.


Co może wkurzać? Język, niejasności, fizjologia, dyndające przyrodzenia Szyca. Ale to elementy dla filmu niezbędne, tworzące klimat (nie licząc tego ostatniego). Żuławski sięga po chwyty na Zachodzie popularne, wręcz powszednie, które jednak w rodzimym kinie nieczęsto się spotyka. Powoduje to wrażenie oryginalności i niepowtarza
lności, widz (jeżeli przebrnie przez to, co go odrzuca) będzie pod wrażeniem obrazu, nie przejdzie wobec niego obojętnie.

Tylko dla ludzi umiejących się odnaleźć w bełkocie i dla tych, którzy gotowi są podjąć wysiłku umysłowego, który wykracza poza śmiech na dźwięk słów na "ka" i "es".

Ciekawostki: Masłowska zaproponowała, aby Szyc grał rolę Silnego: filmowa Andżela prywatnie jest żoną reżysera.
Plusy: aktorzy; Masłoska; śmieszne te efekty; siła przebicia.
Minusy: licha fabuła.
Konkluzja: 9/10. Było fajnie, ale ja chcę lepiej.

Nie mogę polecić tego filmu, jako dobrej rozrywki dla całej rodziny.

internetowa recenzentka

niedziela, 3 maj 2009

kuekuatsheu.

Każdy, kto zna mnie chociaż trochę wie, jak bardzo lubię Wolverina. Ba, nie trzeba mnie nawet znać, wystarczy być umiarkowanie spostrzegawczym pracownikiem kina. Dziękuję za wyciągnięcie mnie na seans wcześniej niż później. Panie i panowie: X-Men Origins: Wolverine.

Rozpocznę geekowo. Film i komiks to zasadniczo dwie równoległe linie, które czasami na moment zmieniają się w prostopadłe. Spróbuję skupić się tylko na trzech najbardzi
ej wyrazistych przykładach:

1. Victor Creed. W filmie: brat Wolverina. W komiksie: ciekawa kwestia. Otóż James Howlett (czyli Wolvie) faktycznie miał starszego brata. Tylko że ów zmarł młodo. Ale! Jest też opcja, iż był on synem ogrodnika, Thomasa Logana (tak, tego, który zabi
ja w filmie pana Howletta, poza tym - stąd wywodzi się przybrane imię Logan). Wtedy owszem, ma brata, ale nie jest nim żaden Vicot Creed (odpuszczam scenarzystom fakt, iż nie uśmiercili matki). Skomplikowne? Victor Creed faktycznie był przeciwniekiem Wolverina, faktycznie jego paznokcie zawsze potrzebowały manikiuru, ale spokrewnieni to oni nie byli.

2. Kayla (Silverfox). W filmie: ukochana Wolverina. W komiksie: nie istnieje. Niespodzianka. Istnieje za to Silver Fox (ale żadna z niej Kayla), faktycznie ukochana Logana, faktycznie zabita przez Sabertootha-Creeda (w komiksie pierwszy raz uśmiercił ją na serio, ale jak to w komiksach bywa - potam cudownie się pojawia, ponadto zabija ją w dzień u
rodzin Wolviego) i faktycznie będąca potem po złej stronie. Dalej dzieją się z nią różne śmieszne rzeczy i tak ostatecznie-ostatecznie ginie z rąk Creeda (a nie z rany postrzałowej).

3. Emma (Frost). W filmie: siostra Kayli Silverfox, ta co się zmienia w diamenty. W komiksie: jedna z ważniejszych postaci, nie będę się rozpisywać, po prostu na sali kin
owej mruknęłam sobie pod nosem "co-jest-kutfa!-dlaczego-na-siłę-i-zupełnie-niepotrzebnie-wstawiają-Emmę-Frost" (bo chyba nie muszę dodawać, że jej filmowa biografia nie pokrywa się z komiksową choćby w części - nie licząc diamentów).

Tak, już mi lepiej.

To teraz już bez ideologii, w końcu nie szłam na film dla komiksu, bo wiadomo, że seria X-Men i wszystkie zawirowania dawno wymknęły się spod kontroli samym twórcom. Otóż - podobało mi się. Dużo wybuchów, dużo scen walki, dużo Jackmana w podk
oszulku albo i bez. Gra aktorska tego pana bardzo przypadła mi do gustu, dobrze obsadzona postać. Widz zasadniczo nie zgubi się w fabule, pod koniec wszystko się pięknie wyjaśnia i supła w kokardkę. Chociaż film powalił mnie na wstępie, po scenie dotyczącej dzieciństwa miałam ochotę wstać i wyjść z sali. Na szczęście chwilę potem poszedł fragment z napisami (który, chyba dla równowagi, dobrze wyszedł), więc tylko wygodniej się usadowiłam. Ogólnie rzecz biorąc, tak przyzwoicie to zrobione, z holiłódzkim (no przyjmijmy) rozmachem. Nie zmęczył, bo za długi nie był, nie nużył, bo za dużo się działo. Dobrze było. No i spełnił swoja rolę odmóżdżającą, co na dzień dzisiejszy liczę jak najbardziej in plus.

Większość ludzi idących na seans nie czytała komiksu. A liczę, że z kina wyjdą z uśmiechem na twarzy. Tak, jak wyszłam ja. Oczywiście liczę też na to, iż wyjdą stamtąd w odpowiednim momencie, coby mogli wypaść inteligentnie i uniknąć oglądania ostatniej sceny na stojaka.

Ciekawostki: w filmie miał się pojawić Stan Lee, ale niestety nie wyszło; Liev Schreiber (Victor Creed) na początku zdjęć miał nosić kombinezon dodający mu niezbędnej muskulatury, ale chyba uznał, że to poniżej jego godności - poprosił o czas, który wykorzystał do przypakowania (aby nie wypaść blado przy Jackmanie) i kombinezon okazał się niepotrzebny; reżyser filmu Gavin Hood jest odpowiedzialny za znana polską "superprodukcję" - W pustyni i w puszczy (tą bardziej współczeną wersję).
Plusy: Hugh Jackman; całkiem sporo śmiechu; fajne efekty; pusty śmiech na amerykańską otyłość; Scott Summers jako szkolny "loser".
Minusy: trochę jazda po bandzie z tym scenariuszem, Emma Frost (?).
Konkluzja: 7/10. Czekałam dwa lata, bez wciskania w fotel, ale było przyjemnie.

Coo-coo-cachoo got screwed.
James Howlett

piątek, 1 maj 2009

pierwszomajowy po-chó.

Dzisiaj w nocy tuż po tym, jak spojrzałam na komórkę i zobaczyłam dzisiejszą datę trochę zmartwiałam, przyznam. Nie jest to jednak wystarczającym powodem, aby moje gadu-gadu bombardowało mnie opisami typu "do matury pozostało 68 godzin!" bądź "nareszcie majówka, odliczanie zakończone!". Przyznam, sama nie wiem, która opcja bardziej wyzwala we mnie żądzę mordu.

Saraceńska świnio! Spartański psie! Rzymska krowo! Rosyjski wężu! Hiszpańska mucho! Anglosaski Wandalu! Wywal ten opis ze swojego gadu. Nie dla mnie, dla siebie.

Swoją drogą wszystkich wzięło na to odliczanie, ja nie wiem po co w ludziach budzą się takie matematyczne instynkty. Należałoby je zdusić w zarodku. A tak? Jedynie mogę trwale wyłączyć komputer (chyba, że wypali weekendowy seans i będę musiała gdzieś wylać swój zachwyt, rzecz jasna).

niedziela, 26 kwiecień 2009

wishlist.

Koncert życzeń, że tak się niefortunnie wyrażę. Chronologicznie.

1. Selector Festival, 05-05.06.2009
Bo: Röyksopp, CSS, (Franz Ferdinand akurat pociąga mnie mniej)
Koszt: 200 zł.
Wnioski: nieproporcjonalnie dużo kasy.

2. Szczecin Rock Festival, 24-25.06.2009
Bo: Kaiser Chiefs, Hey, no ewentualnie Limp Bizkit (plus szanse na Faith No More)
Koszt: 179 zł.
Wnioski: są w sumie tańsze miejsca, ale...

3. Rock for People, Hradec Králové, 04-06.07.2009
Bo: Placebo, Arctic Monkeys, Ska-P, Static-X,
Koszt: nieznany
Wnioski: dlaczego taka data...

4. Heineken Open'er Festival, 05.07.2009
Bo: wszystko
Koszt: 140 zł.
Wnioski: taaaak!

5. Jarocin Festival, 17-19.07.2009
Bo: Animal Collective, Maria Peszek, KNŻ, Editors
Koszt: 89 zł.
Wnioski: pomyśleć, oszczędzać (najpierw kupić aparat).

6. Radiohead, Cytadela Poznań, 25.08.2009
Bo: wszystko jasne.
Koszt: 95 zł.
Wnioski: taaaak!

7. Orange Warsaw Festival, 04-05.09.2009
Bo: N*E*R*D, Calvin Harris
Koszt: 0 zł.
Wnioski: no.

Dlaczego są same Festival a nie Festiwale? Nieistotne, lista bedzię aktualizowana z bólem serca i portfela.